Czy cieszyć się z ustawy o sklepikach szkolnych?

Pierwszego września tego roku weszła w życie długo oczekiwana ustawa dotycząca tego, co można sprzedawać dzieciom w sklepikach szkolnych i jakie menu powinny serwować przedszkola i szkoły. Po podpisaniu przez sejm ustawy czekałam długo na rozporządzenie ministra zdrowia i zacierałam ręce. No i… w sumie cieszę, mam jednak do tych przepisów pewne zastrzeżenia.

Na pierwszy rzut oka trudno się z rozporządzeniem nie zgodzić: razowe i pełnoziarniste pieczywo, wędlina z prawdziwego mięsa, warzywa obowiązkowe w każdej kanapce. Dzieci będą mogły kupić tylko zdrowe przekąski, jak bakalie, orzechy, owoce. Jeśli chodzi o asortyment, osobiście polemizowałabym jedynie z kubkowymi margarynami, nabiałem i olejami rafinowanymi na stołówkach. Ale smażenina dopuszczalna jest tylko raz w tygodniu, dlatego nie będę się aż tak czepiać. Więc czego należy się czepić?

W dokumencie nie znalazłam odpowiedzi na zasadnicze pytanie. Co się stanie, jeżeli ktoś złamie przepisy? Niby coś jest na temat kar dla stołówek: „Kto prowadząc działalność w zakresie zbiorowego żywienia dzieci i młodzieży w jednostce systemu oświaty w ramach żywienia zbiorowego stosuje środki spożywcze nieodpowiadające wymaganiom określonym w przepisach wydanych na podstawie art. 52c ust. 6 pkt 2 podlega karze pieniężnej w wysokości do trzydziestokrotnego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego…”

Jednak nie znalazłam nic na temat kar dla niesubordynowanych sklepikarzy. Czyżbym coś przeoczyła? Gdzieś niby znalazłam informację o karach pieniężnych i zamykaniu nieodpowiednio zaopatrzonych sklepików, ale były to informacje z drugiej ręki, nie z samych przepisów, więc nie będę się tu na nie powoływać.

A tak w ogóle, to gdzie należy zgłaszać wykroczenia i czy może to zrobić po prostu rodzic?

Pod koniec rozporządzenia podany jest kontakt do osoby odpowiedzialnej za projekt od strony merytorycznej, więc zadałam tej osobie powyższe pytania. I czekam…

Bo skoro w rozporządzeniu było miejsce na różnorakie szczegóły między innymi, jakie działanie ma miód (ciekawe, że zabrakło miejsca na krótkie wytłumaczenie, że nie wolno nim słodzić gorących napojów), dlaczego brakuje tak podstawowych informacji, jak kary za łamanie przepisów.

Co by się jeszcze przydało, żeby ustawa miała sens? Oczywiście mądra i atrakcyjna kampania społeczna skierowana do uczniów, rodziców, nauczycieli i pracowników stołówek. Bez tego mam poważne obawy, co do powodzenia całego przedsięwzięcia. Owszem, trudno wyobrazić sobie rodzica, który wolałby, aby jego dziecko jadło niezdrowo. Jednak musimy zdać sobie sprawę z tego, że niektórzy rodzice po prostu nie wiedzą, co jest zdrowe. Nieprzygotowani uczniowie zaczną się buntować przeciwko zmianom i będą zaopatrywać się w śmieciowe jedzenie poza szkołą. Rodzice zdziwieni tym, że ich dziecku nie wolno już sobie kupić w szkole pączka lub torebki cukierków, będą im je sami kupowali – i to być może w większej ilości.

Bez tego ustawa i rozporządzenie (pełny tekst ustawy do pobrania tutaj, a rozporządzenie można pobrać tutaj) służą jedynie temu, aby uspokoić sumienie rządzących: „Owszem, mamy epidemię otyłości wśród dzieci. Ale o co wam wszystkim chodzi? Przecież przygotowaliśmy wam prawne regulacje. A czy ktoś w jakikolwiek sposób będzie w stanie to wyegzekwować – to już nie nasza broszka. Co jeszcze możemy zrobić? Teraz radźcie sobie sami...” Reasumując – miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.

Umiar

Niektórzy, tak jak ja, uczą się go przez całe życie z lepszym lub gorszym skutkiem, ale są pewne czynniki, które taką naukę bardzo utrudniają. Wróg numer jeden to oczywiście słodycze, chociaż dopóki nie zostałam mamą, bagatelizowałam ich siłę
i nie spędzały mi snu z powiek. Byłam przekonana, że nad nimi panuję, po prostu ignorowałam ich obecność na półkach sklepowych. Aż tu nagle ich temat zagościł
w moim domu i nadeszła pora przyjąć jakąś nową strategię, a są co najmniej cztery
do wyboru.

Strategia nr 1: Zakaz totalny

Można po prostu zabronić dziecku jedzenia słodyczy. Podobno da się to zrobić,
ale nastręcza to nieskończenie wiele trudności (chyba że się ma ślepo posłuszne dziecko, pozbawione własnego zdania, ale osobiście nie znam ani jednego takiego).
Po pierwsze, musisz być uczciwym rodzicem i skoro zabraniasz dziecku,
to sam też się do słodyczy nie zbliżaj pod żadnym pozorem (ja przyjęłam tę strategię wobec brązowego napoju gazowanego, który uważam za źródło wielu nieszczęść
na świecie). Po drugie, musisz zdać sobie sprawę z tego, że nawet jeżeli sam nie nakarmisz dziecka cukrem i barwnikami, to prędzej czy później
ktoś zrobi to za Ciebie (wyjście: nie puszczać dziecka na żadne imprezy z rówieśnikami lub wytatuować dziecku na czole napis: NIE WOLNO DAWAĆ MI SŁODYCZY). Nie muszę pisać, że ta strategia wiąże się z nieustanną czujnością, napięciem i może mieć w przyszłości skutek zupełnie odwrotny od zamierzonego. Dziecko zerwane ze smyczy „słodyczowej policji” rzuci się łakomie na wszystko,
co znajdzie na swojej drodze. Niektóre badania naukowe potwierdzają [Jansen, Mulkens i Jansen, 2007], że zakaz doprowadza do większego pożądania zabronionego produktu lub do częstszego wybierania zabronionych produktów pod nieobecność matki [Fisher, 2000]. A przecież nie o to chodzi, prawda?

Strategia nr 2: Samowolka totalna lub samowolka kontrolowana

Osobiście znam takich rodziców, którzy wręcz namawiali swoje dziecko do jedzenia batoników i dzięki temu nie lubiło ono i nie lubi ich jeść. Znam też takiego chłopca, który patrząc na wystawę cukierni potrafi stwierdzić, że to wielkie ciastko z kremem to jednak przesada i wybrać jakieś małe. Ale ostrzegam, są to przypadki wyjątkowe. Niestety większość znanych mi przypadków słodyczowej samowolki skończyła się na wyhodowaniu otyłego dziecka, które potem wyrosło na otyłego dorosłego.

Niektórzy wybierają też strategię „grzesznego weekendu”. Dziecko przez cały tydzień czeka i gromadzi słodycze, aby w sobotę i w niedzielę rzucić się w wir niekontrolowanego obżarstwa. Jak na to popatrzeć racjonalnie, to niektóre dzieciaki zamulą się już przy trzecim cukierku i będą miały dość, więc zjedzą tylko trzy zamiast po jednym przez cały tydzień. Ale są też dzieci, które potrafią w minutę spałaszować całą tabliczkę czekolady i nie mrugnie im nawet oko. U mnie ta metoda nie zadziałałaby choćby z tego względu, że w weekend (jeżeli spędzamy go razem
w domu) jest dla mnie jedynym czasem w tygodniu, gdy mam całkowitą kontrolę nad tym, co wpada do żołądka mojego dziecka i staram się przygotowywać coś pożywnego. Gdyby młoda dostała słodycze przed obiadem, nie byłoby mowy
o zjedzeniu jarmużu czy zupy dyniowej i cała moja praca poszłaby na marne.

 

Strategia nr 3: Słodycze jako narzędzie w systemie nagród i kar

Bardzo śliska sprawa, bo chyba wszyscy słyszeliśmy w dzieciństwie: „Bądź grzeczny, bo nie dostaniesz cukierka” lub „Jak zjesz ładnie obiad, to w nagrodę będzie deser”. Sami mamy to we krwi i bardzo łatwo przychodzą nam na myśl tego typu słowa. Bardzo przestrzegam przed tą strategią, gdyż stawia ona słodycze na piedestale, nadaje im szczególne znaczenie. No i skoro mają być nagrodą za zjedzenie warzyw,
to już automatycznie stawia je w złym świetle, jako coś, przez co trzeba się przemęczyć.

Strategia nr 4: Nauka samokontroli i nieustanne pranie mózgu

Tak, to właśnie jest najlepsze wyjście, ale psychologia odżywiania się nazywa
to bardziej elegancko: rozwojowym i poznawczym modelowaniem wyborów żywieniowych (brzmi lepiej niż „pranie mózgu”, prawda?). Trzeba się bowiem zastanowić, jaki cel chcemy osiągnąć, a chyba wszyscy zgodzą się, że chodzi o to,
aby nauczyć nasze dziecko wybierać mądrze, ale równocześnie korzystać z małych przyjemności, jaką może być kawa i ciastko. Jedno ciastko. Od czasu do czasu. Jeżeli sami potrafimy rozsądnie dozować sobie małe przyjemności i traktujemy je lekko – czyli nie nadajemy im zbędnego emocjonalnego ładunku, dajemy po prostu dobry przykład. Nie nagradzajmy się słodyczami, ani nie pocieszajmy nimi, traktujmy jako coś przyjemnego, ale zupełnie zwyczajnego. Od czasu do czasu każdy ma ochotę na łakocie (najlepiej, jeśli są zrobione w domu). Krójmy je jednak na nieduże porcje,
a po odłamaniu kawałka czekolady, odkładajmy resztę na później.

Nie zwalnia nas to jednak z obowiązku wbijania do głowy tego, co zdrowe,
a co niezdrowe. Gwarantuję, że kiedyś to zaprocentuje. Dzieci interesują się swoimi ciałami, które zmieniają się właściwie na ich oczach. Warto im mówić, co to jest wapń
i do czego jest potrzebny lub co jeść, żeby katar szybciej minął. Nawet jeśli wydaje nam się, że nie słuchają, kiedyś możemy zostać zaskoczeni, tak jak moja znajoma mama 5-latki: w sklepie, na widok jogurtu z dodatkiem kolorowej posypki dziewczynka smutno stwierdziła „Sztuczne barwniki są takie niezdrowe...”
i sięgnęła po zdrowszą opcję. Mnie się to jeszcze nie przydarzyło, ale nadzieja umiera ostatnia.