Galaretka owocowa

Czasami najprostsze przepisy okazują się tymi najbardziej trafionymi. Dziś na deser proponuję galaretkę owocową, która ożywi kolorami lata grudniowy dzień. Oczywiście możecie wybrać swoje ulubione owoce lub takie, które akurat macie pod ręką. U nas padło na mango i mrożone truskawki.

Składniki:

szklanka rozmrożonych truskawek we własnym sosie

jedno dojrzałe mango

2 łyżki żelatyny

1 łyżeczka miodu

Żelatynę rozpuszczamy w kilku łyżkach wrzącej wody i zostawiamy aż przestygnie. W tym czasie rozprawiamy się z mango: obieramy, usuwamy pestkę i miksujemy na gładki mus. Zmiksowane mango mieszamy z połową roztworu żelatyny i przelewamy do pucharków. Odstawiamy do lodówki, żeby galaretka stężała. W tym czasie oddzielamy rozmrożone truskawki od soku, który powstał podczas rozmrażania. Sok mieszamy z roztworem żelatyny i słodzimy łyżeczką miodu (żelatyna musi być chłodna). Sok truskawkowy z żelatyną wlewamy na wierzch galaretki z mango, na końcu wkładamy truskawki. Odstawiamy do lodówki, żeby wszystko stężało i zajadamy.

Wartość odżywcza jednego pucharka ok. 330 ml

Energia: 108 kcal

Białko: 5,3 g

Tłuszcz: 0,5 g

Węglowodany: 22,6 g

Błonnik: 2,5 g

 

Domowe kulki migdałowe, czyli rafaello idzie się schować

W dzisiejszych czasach słodycze są stosunkowo tanie i łatwo dostępne. Zupełnie inaczej niż wtedy, gdy sama byłam dzieckiem. Być może to nas teraz gubi? Bez wątpienia gubią nas także składniki, których używa się do produkcji przemysłowych słodyczy. A może by tak przygotować coś samemu? Coś łatwego, z najlepszych możliwych składników, a w dodatku pysznego? Zapraszam na migdałowe kulki z zaledwie trzech składników. Przypominają nieco rafaello, z tą zasadniczą różnicą, że można je zjeść właściwie bez wyrzutów sumienia. No chyba że się zje naprawdę bardzo dużo. Zatem na wszelki wypadek podaję przepis na rozsądną ilość.

Składniki na ok. 15 kulek:

200 g surowych migdałów

3 łyżki miodu (u mnie spadziowy)

5 łyżek wiórków kokosowych (najlepiej ekologicznych, czyli bez siarki)

Migdały zalewamy czystą wodą i moczymy przez noc. Gdy namiękną, pozostałą wodę odlewamy, a migdały mielimy w młynku do kawy, blenderze lub innym mielącym sprzęcie. Ja użyłam młynka do kawy, który nie do końca sobie poradził, więc moje kulki miały w sobie chrupiące migdałowe grudki. Dodajemy miód, mieszamy masę i formujemy kulki. Obtaczamy w wiórkach kokosowych. Przed podaniem można schłodzić w lodówce, ale i tak są w miarę stabilne. Tyle. Smacznego!

Wartość odżywcza uzyskana z powyższych składników (ok. 15 kulek):

Energia: ok. 1677 kcal

Białko: ok. 42,4 g

Tłuszcz: ok. 124,1 g

Węglowodany: ok. 104,2 g

Błonnik: ok. 29 g

 

Zapiekanka z jesiennych warzyw

I znów mam górę pysznych, sezonowych warzyw do spożytkowania. Cukinia, pomidory i czosnek - idealne połączenie. A to wszystko na kruchym i w dodatku bezglutenowym cieście. Zawijam rękawy!

Spód:

1,5 szklanki mąki (zmieszałam jaglaną, ryżową i gryczaną w równych proporcjach)

pół kostki masła (lub taka sama ilość oleju kokosowego)

2 jajka (weganie z powodzeniem mogą użyć mielonego siemienia lnianego)

szczypta soli

 

Wierzch:

3 duże liście jarmużu

3 młode cukinie lub pół dużej dorosłej

3 duże dojrzałe pomidory

kilka ząbków czosnku

łyżka słodkiej papryki w proszku

ok. pół szklanki startego sera żółtego (można pominąć)

Z mąki, masła i jajek zagniatamy ciasto i układamy na spodzie formy (u mnie prostokątna blacha, ale może też być okrągła). Pomidory sparzamy wrzątkiem, obieramy ze skórki i kroimy w grubą kostkę. Cukinię obieramy (jeśli skórka jest miękka, nie trzeba obierać) i również kroimy w grubą kostkę. Czosnek miażdżymy i mieszamy z cukinią i pomidorami. Na przygotowanym już spodzie układamy kawałki liści jarmużu (twarde łodygi usuwamy), a na nich rozkładamy cukinię z pomidorami. Wierzch posypujemy tartym serem (jeśli mamy ochotę).

Rozgrzewamy piec do 180 stopni i pieczemy około 50-60 minut.

Smacznego!

 

Wartość odżywcza porcji 200 g

Energia: ok. 200 kcal

Białko: ok. 6,2 g

Tłuszcze: ok. 12 g

Węglowodany: ok. 21 g

Błonnik: ok. 1,4 g

Chleb. Mój sprawdzony przepis

Ostatnio jem tylko taki, gdyż okazuje się, że żaden sklepowy nie spełnia moich oczekiwań. Ale od razu przyznaję się, że przepis podany tutaj jest delikatnie mówiąc ramowy. Wiem, że nieodżałowany Marek Łebkowski, z którym miałam okazję przez jakiś czas pracować, znów ofuknąłby mnie za tak luźne podejście do proporcji, ale już niestety tak mam, że ciągle gotuję i piekę "na oko". Któregoś dnia, zmotywowana zaproszeniem Cioci, pojechałam z nią do 200-letniego młyna pod Radomiem na lekcję pieczenia chleba. Byłam pewna, że tym razem dowiem się dokładnie, ile mąki, ile wody, ile ziarenek... Że zacznę się tych ścisłych wytycznych trzymać i dzięki temu za każdym razem wyjmę z pieca taki sam, pyszny, pachnący bochenek.

Nic bardziej mylnego. Lekcja pieczenia chleba ugruntowała mnie jedynie w moich dotychczasowych przekonaniach, które wszem i wobec anarchistycznie ogłaszam:

1. Upieczenie dobrego chleba jest kwestią całkowicie intuicyjną i składniki można,
a właściwie trzeba sypać "na oko".

2. Chleb (a w szczególności zakwas) jest żywym organizmem i nigdy nie da się do końca przewidzieć jego zachowania.

3. Ilu piekarzy, tyle przepisów na chleb.

Pani Młynarzowa też się z tymi punktami zgodzi i podczas lekcji wsypywała mąkę bez mierzenia i ważenia, lekką ręką nalewała letnią wodę wprost z czajnika.

Mój przepis jest mniej więcej taki (na dwa bochenki po 500 g każdy)

Szklanka zakwasu (przepis poniżej)

ok. 600  mąki żytniej (u mnie razowa, chociaż Pani Młynarzowa na chleb poleca mąkę żytnią typu 550 i dosypuje trochę otrąb, można też mieszać różne rodzaje mąki, ale ważne, aby piec z tej samej, z której mamy zakwas). Ja jednak polecam mąkę żytnią pełnoziarnistą 2000. Najlepiej ekologiczną, bo jak już piec, to z najlepszych
i najzdrowszych składników.

ok. 2 szklanek letniej wody

ok. 2 płaskich łyżeczek soli

2 garści ziaren słonecznika (50 g)

2 garści siemienia lnianego (50 g)

Zamiast nich mogą być: czarnuszka, otręby, orzechy, migdały, mak, suszona żurawina, suszone pomidory, oliwki, całe ziarna zbóż - co tylko nam przyjdzie do głowy

Najprościej iść po prośbie i pozyskać zakwas od osoby, która piecze chleb. Ale można też go zrobić samodzielnie. Wystarczy słoik (a najlepiej gliniany garnuszek), trochę mąki (tej docelowej, z której zamierzamy piec), wody i czasu (5-7 dni). Codziennie wsypujemy do słoika 2 łyżki mąki i 2 łyżki wody, mieszamy i odstawiamy na kuchenną szafkę (lub gdzieś w kąt, byle nie do lodówki). Wąchamy i czekamy, aż poczujemy, że fermentuje i zobaczymy, że jest żywy. Zapach musi być raczej przyjemny, jeśli wzbudzi nasze podejrzenia (bo na przykład zapomnieliśmy o biedaku i z tej samotności namnożył w sobie jakichś śmierdziuchowych bakterii), wyrzucamy połowę zawartości i dodajemy świeżej mąki i świeżej wody.

Gotowy zakwas możemy przechowywać w lodówce przez około tydzień, ale w dniu pieczenia trzeba go wyjąć na parę godzin i ożywić. Czyli szturchnąć, zamieszać i dodać trochę świeżej mąki i świeżej wody. Aż zacznie pracować, czyli puchnąć.

Do miski wsypujemy mąkę, sól i wybrane dodatki. Mieszamy. Dodajemy zakwas i wodę. Mieszamy drewnianą łychą i dolewamy po trochu wodę (ewentualnie zagęszczamy mąką) i mieszamy, szturchamy, napowietrzamy, aż ciasto nabierze odpowiedniej konsystencji. No i tu się pojawia pytanie: co to znaczy "odpowiednia konsystencja"? Według Pani Młynarzowej odpowiednia konsystencja jest wtedy, gdy nabierzemy łychę ciasta, podniesiemy łychę nad miską, odwrócimy, a ciasto nie ma ochoty z tej łychy samo spaść. Jeżeli potrząśniemy łychą, to spadnie. Ale bez pomocy nie. Taką michę pełną ciasta zostawiamy na jakąś godzinkę, żeby ciasto sobie odpoczęło. Po godzinie wracamy, chwilę szturchamy łychą i przekładamy do foremek. Ja używam dwóch małych silikonowych keksówek, ale można też używać blaszanych keksówek, wysmarowanych uprzednio masłem. Onegdaj używałam właśnie blaszanych, ale po jakichś 10-20 pieczeniach zrobiły się po prostu czarne, a potem zaczęły rdzewieć od zakwasu. Keksówki wypełniamy ciastem mniej więcej do 3/4 objętości. Może być mniej, byle nie więcej, bo chleb ucieknie. Wypełnione keksówki zostawiamy na ok. 4 godziny w jakimś przyjemnym, najlepiej ciepłym miejscu. Latem może to być po prostu kuchnia, zimą można je postawić na kaloryferze. A jeżeli bardzo zależy nam na czasie, można skrócić czas oczekiwania i włożyć foremki do pieca ustawionego na max 50 stopni. W takiej temperaturze powinna wystarczyć godzina rośnięcia. Kiedy najlepiej zacząć pieczenie? Pani Młynarzowa twierdzi, że wtedy, gdy chleb zacznie wyglądać sam z foremki i szukać nas po mieszkaniu. Wtedy wrzucamy (a raczej delikatnie wkładamy foremki do pieca, żeby nimi przypadkiem o nic nie stuknąć, bo opadnie) chleb do piekarnika na godzinę w 200 stopniach.

Upieczony chleb wykładamy na kratkę (ja używam piekarnikowego rusztu) i smarujemy mu plecki (określenie Pani Młynarzowej) wodą, żeby błyszczały i były chrupiące. Można do tego użyć pędzelka lub zwilżonej gazy.

Miskę po cieście dokładnie wyskrobujemy, żeby mieć zakwas do następnego pieczenia. Można celowo zostawić parę łyżek surowego ciasta i zapakować do słoika/garnuszka.

Gotowe. Smacznego!

Wartość odżywcza kromki (50 g) mojego chleba (mąka 2000, siemię lniane
+ słonecznik)

Energia: 117,7 kcal

Białko: 3,5 g

Tłuszcz: 2,81 g

Węglowodany ogółem: 23,54 g

Błonnik: 4,67 g

 

Dlaczego nie kupuję wędliny?

W moim domu złote czasy wędlin minęły bezpowrotnie. Nie kupuję ich, gdyż trudno znaleźć na rynku wędliny naprawdę dobrej jakości, bez konserwantów, wypełniaczy i wszelkich innych dodatków typu serwatka w proszku lub białko sojowe. Doszłam do wniosku, że mam już dosyć szukania po sklepach wędliny idealnej, która spełniłaby moje rosnące wciąż wymagania. Czas zaoszczędzony na szukaniu przeznaczam na przygotowanie rozwiązań alternatywnych.

 

Propozycje letnie to oczywiście kanapki z owocami:

- masło lub śmietana kokosowa + maliny/jagody/borówki/jeżyny/porzeczki itd.

- pasta z pieczonych warzyw (papryki, bakłażana, cukinii, dyni, cebuli)

Propozycje zimowe:

- masło orzechowe + banany

- pasta z warzyw strączkowych (ciecierzyca/soczewica + czosnek + sezam + oliwa)

- pasta z twarogu, makreli (lub innych małych rybek) i ogórka kiszonego

- pasta jajeczna (jajka + oliwa + szczypiorek)

Oczywiście podstawą dobrej kanapki jest dobry chleb. Przepis na takowy podam wkrótce.

 

 

 

Zupa z letnich warzyw

Na skutek kompulsywnych zakupów na targu lub po wizycie na wsi zostaje mi często góra warzyw do przerobienia. Taka zupa to najlepszy sposób na ich utylizację. U mnie akurat wersja wegetariańska, ale można też zrobić na jakimś dobrym rosole.

Składniki:

Pęczek botwinki ok. 280 g

Jarmuż ok. 100 g

Fasolka szparagowa ok. 200 g

Cebula o. 250 g

Świeże pomidory ok. 500 g

Masło klarowane ok. 45 g (3 łyżki)

Sok z jednej (lub z połowy) cytryny

Przyprawy (u mnie klasyka: pieprz, ziele angielskie, liście laurowe)

Woda ok. 2 litrów

W średniej wielkości garnku podsmażamy na maśle posiekaną cebulę. Gdy się przyrumieni, zalewamy wodą i wrzucamy umyte buraczki od botwinki, fasolkę, łodygi od liści. Same liście zostawiamy na później i wrzucamy dopiero, gdy fasolka będzie miękka. Dodajemy ziele angielskie, listki laurowe i pieprz. Na pleckach pomidorów nacinamy krzyżyk, następnie polewamy je wrzątkiem i obieramy ze skórki. Kroimy w kostkę i wrzucamy do gotującej się zupy. Doprawiamy do smaku sokiem z cytryny, pieprzem i odrobiną soli. U mnie bez zabielania i zagęszczania, czyli wersja lekka. Ci bardziej wygłodniali mogą zajadać z grzankami lub ryżem.

Smacznego!

Wartość odżywcza porcji (400 ml)

Energia: 86 kcal

Białko: 2,76 g

Tłuszcz: 6,17 g

Węglowodany ogółem: 8,76 g

Sernik jagodowy na bezglutenowym spodzie. Dziecinnie prosty!

Sezon na owoce jagodowe trwa. Korzystajmy z niego, bo mija zaskakująco szybko. Poza sezonem można oczywiście korzystać z mrożonek. W tym przepisie wykorzystałam jagody leśne, czyli SUPERowoce o mocach wręcz nadprzyrodzonych, ale można też użyć malin, jeżyn lub borówek. Dodałam mało cukru, a właściwie posłodziłam miodem, więc wykorzystane owoce powinny być słodkie i dojrzałe tak jak u mnie.

Co do serka homogenizowanego, to wybierzcie naturalny, niesłodzony niczym i składający się wyłącznie z dwóch lub trzech składników: mleka lub sera twarogowego, kultur bakterii mlekowych i ewentualnie śmietanki.

Przepis na dużą tortownicę 28 cm

Spód:

250 g (szklanka) mąki jaglanej

250 g (szklanka) mąki z brązowego ryżu

150 g (3/4 kostki) miękkiego masła

2 jajka

Łyżeczka cynamonu

Szczypta soli

 

Masa sernikowa:

800 g serka homogenizowanego naturalnego

2 szklanki jagód

3 łyżki płynnego miodu

2 łyżki żelatyny

 

Mieszamy w misce mąkę jaglaną, ryżową, sól i cynamon. Dodajemy miękkie masło i jajka, następnie wszystko ugniatamy ręką. Możemy schłodzić na chwilę w lodówce, ale moja masa była wystarczająco plastyczna. Wykładamy spód tortownicy i pieczemy ok. 20 minut w temp. 180 stopni.

W tym czasie szykujemy masę serową. Rozpuszczamy żelatynę w niewielkiej ilości wrzątku. Gdy wystygnie, dodajemy serki oraz miód. Dokładnie mieszamy (można użyć miksera, ale nie ma obowiązku). Dodajemy jagody (mogą być mrożone, ale wtedy masa będzie szybciej tężała, więc trzeba zgrać się w czasie ze studzeniem spodu!). Mieszamy łyżką, aby nie zmiażdżyć jagód.

Do formy z wystudzonym spodem przekładamy masę serową i wkładamy do lodówki, aby wszystko stężało. Warto poczekać kilka godzin przed podaniem, wtedy spód będzie bardziej miękki.

Wartość odżywcza całego sernika: 3677,5 kcal (jeżeli ktoś jest przypadkiem triathlonistą, to może sobie taki pyknąć i dzienne zapotrzebowanie na energię załatwione! 😉

Wartość odżywcza porcji (100 g)

Wartość energetyczna ok. 368 kcal

Białko 15,8 g

Tłuszcz 20,1 g

Węglowodany 33,6 g

Zielony koktajl

Chyba nadeszła pora na wrzucenie jakiegoś przepisu. Skoro mowa o zielenince, mała podpowiedź, jak zwiększyć jej udział w naszej diecie. Co powiecie na formę płynną? Istnieje nieskończenie wiele wariacji na temat. Można wykorzystać świeże ogórki, natkę pietruszki, dowolne sałaty. Bazą może być maślanka, kefir lub (dla beznabiałowców) woda lub ananas. Dobrym słodziwem są w tym przypadku banany, ale można też kombinować z jabłkiem lub musem jabłkowym. Do odważnych świat należy!

Dla tych, którym zależy na wapniu – wersja z maślanką. A ci, którzy żyją bez mleka i zależy im na lepszym przyswajaniu żelaza, mogą zamiast maślanki i użyć soku jabłkowego (dobrej jakości, najlepiej świeżo wyciśniętego, warto ograniczyć lub pominąć wtedy banana).

 

Moja wersja była dokładnie taka:

Garść jarmużu bez łodyg (lub szpinaku) ok. 15 g

Kilka liści sałaty rzymskiej ok. 15 g

Szklanka maślanki (lub jogurtu naturalnego) ok. 200 g

banan ok. 100 g

Woda do rozcieńczenia (jeśli zajdzie taka potrzeba, ale w wersji maślankowej nie zaszła).

Warzywa dokładnie myjemy i miksujemy razem z bananem i jogurtem na gładką masę. Ewentualnie rozcieńczamy wodą, aby można było łatwiej pić. Co do sprzętu kuchennego… Osobiście dysponuję najzwyklejszym blenderem i użyłam podłużnej nakładki, którą zwykle miksuję zupę w garnku. Jeżeli ktoś jest szczęśliwym posiadaczem bardziej wyrafinowanego (i przeraźliwie drogiego…) oprzyrządowania – tym lepiej dla niego, bo uda mu się uzyskać gładszą konsystencję. Ale moja wersja jest wystarczająco pyszna.

Smacznego!

Wartość odżywcza porcji (330 ml):

201 kcal

Białko 7,6 g

Tłuszcz 2,2 g

Węglowodany 34,7 g