7 podpowiedzi, jak jeść zdrowiej i nie zbankrutować

Zdrowe jedzenie tylko dla elit?

Niestety tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Świat stanął na głowie – bogaci chudną,
a biedni są coraz grubsi! Każdy chciałby wyglądać pięknie, młodo i być zdrowym. Czy aby to osiągnąć trzeba wydawać krocie na zdrową żywność? Czy wszystkich stać na to, żeby kupować wyłącznie w ekologicznych sklepach?

Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie jestem przeciwniczką nadawania ekologicznych certyfikatów. W zasadzie to jedyny sposób, jaki mamy, aby sprawdzić, jak nasza żywność jest produkowana (oczywiście możemy jeszcze zrobić śledztwo na własną rękę, ale ja się po siatce nie umiem wspinać...). Jednak do jakiego stopnia możemy ufać instytucji nadającej certyfikaty, skoro ta sama instytucja dostaje wynagrodzenie za nadanie takiegoż? Dlaczego producent musi płacić za to, że włożył dodatkowy wysiłek w wyprodukowanie żywności bez pestycydów, z szacunkiem dla gleby i wody? W świecie idealnym za taką pracę dostałby dopłatę, a rolnik nadużywający pestycydów – po prostu karę. Ale do świata idealnego jeszcze nam trochę brakuje...

Musimy sobie jakoś radzić w tym, w którym żyjemy i karmić siebie i swoje rodziny najlepiej, jak potrafimy. Oto kilka podpowiedzi, jak to robić, aby nie zbankrutować.

  1. Jedz sezonowo i lokalnie

Chociaż w supermarkecie na pierwszy rzut oka nie ma podziału na pory roku i bez problemu kupimy świeże pomidory w środku zimy, łatwo zauważyć, że ceny się jednak zmieniają. Wybierajmy zatem sezonowe produkty, które nie dość, że będą najtańsze, to ich wartość odżywcza będzie najwyższa: im mniej czasu upłynie od zbioru, tym więcej witamin będzie miał produkt. No i oczywiście nie bierzemy na swoje sumienie spalin, które emituje tir lub samolot, aby dostarczyć tam tą „świeżą paprykę prosto z Kalifornii czy Hiszpanii” w styczniu.

A jeśli już o sezonowości mowa, to rozważam właśnie zakup zamrażarki. Myślę, że inwestycja bardzo się opłaci, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wpadnie Ci w ręce 20-kilowa dynia lub ćwiartka ekologicznego prosiaka.

  1. Doceń wysiłek działkowiczów

Czy kiedykolwiek skrzywiliście się, gdy ktoś chciał Was obdarować workiem kostropatej marchewki z własnego pola? Ja tak, ale to było dawno, zanim zrozumiałam, że to najlepsza marchewka, jaka jest w moim zasięgu, i że za taką w ekologicznym sklepie musiałabym słono zapłacić. Więc jeśli nie macie możliwości założenia własnego ogródka, rozejrzyjcie się za kimś, kto go ma i spróbujcie się wkupić w jego łaski.

  1. Znajdź bazarek

Rozejrzyj się za targowiskiem w swojej okolicy. (I nie mówię tu o modnych eko-bazarach w wielkich miastach, gdzie bez grubej zwitki gotówki nie ma po co chodzić). Kupowanie bezpośrednio na targu ma wiele zalet, pod warunkiem, że uda Ci się wyszukać autentycznego rolnika. Prawdziwy rolnik nie będzie miał na swoim straganie wszystkiego, od cytryn po awokado – takie osoby to po prostu handlarze, którzy zdobyli towar nie wiadomo gdzie (czasem po prostu w hipermarkecie) i chcą Cię skusić zasobnością swojego stoiska. Poszukaj kogoś, kto się w czymś specjalizuje i ma w ofercie same śliwki (za to kilka różnych odmian) lub same jabłka. No ewentualnie kilka różnych rzeczy: jabłka i ziemniaki, jabłka i kapustę... Z wnikliwej obserwacji sprzedawców można wiele wynieść, chociaż sama się ostatnio nacięłam. Kupiłam od spracowanej staruszki woreczek ziemniaków i woreczek cebuli (miała tylko to do wyboru), po czym okazało się, że ziemniaki robiły się sine natychmiast po ugotowaniu,
a większość cebuli była zgniła wewnątrz. Ale nie podważa to zeznań staruszki, że sama je wyhodowała...

Gdy kupujesz produkty na targu, nie płacisz za opakowanie i nie produkujesz góry śmieci – oczywiście pod warunkiem, że przyniesiesz swoje torby.

 

 

 

  1. Im prościej, tym lepiej

Gdy jednak trafisz już do Wielkiego Sklepu, zwracaj uwagę na etykiety: jeżeli lista składników jest tak długa, że nie chce ci się jej czytać, to najlepszy test na to, że nie powinieneś tego produktu kupować. Ogranicz się do tych produktów, które mają co najwyżej pięć składników na liście i spróbuj je wymówić – jeżeli nie masz z tym problemu, możesz wrzucać do koszyka. A jeśli czytanie etykiet w ogóle nie leży w Twojej naturze, po prostu kupuj produkty bez opakowań, a doskonale na tym wyjdziesz, bo unikniesz wszelkich przemysłowych tworów – główka kapusty nie potrzebuje etykiety!

  1. Perspektywa prababci

Przyznaję, że ten punkt kradnę od Michaella Pollana („Jak jeść”). Wyobraź sobie, że Twoja babcia lub prababcia jest z Tobą na zakupach i spróbuj spojrzeć na półki jej oczyma. Ser w spreju? Gotowe ciasto w proszku? Nie kupuj niczego, w czym ona nie rozpoznałaby jedzenia.

  1. Dobrze szukaj

Nawet sieci sklepów dyskontowych wychodzą naprzeciw rosnącej świadomości konsumentów i włączają do swojej oferty zdrowsze produkty. Ostatnio udało mi się kupić w takim sklepie jarmuż, mąkę pełnoziarnistą (pszenną i żytnią), jajka z wolnego wybiegu, soczewicę, cieciorkę i brązowy cukier. I to wszystko za jednym zamachem!

  1. Zawiń rękawy

Od kilku miesięcy wzięłam się za pieczenie chleba i pewnie będzie o nim osobny wpis, ale tu szybko napomknę, dlaczego się na to zdecydowałam. Po pierwsze, miałam trudności z zakupem przyzwoitego chleba (mnóstwo podejrzanych składników i soli). Po drugie, jeżeli już udawało mi się kupić przyzwoity, to miał nieprzyzwoitą cenę (ok. 15-20 zł/kg). Za kg bardzo dobrej, ekologicznej mąki płacę 7-9 zł i mam z tego 2 bochenki chleba. Fakt, piekarnik zużywa trochę prądu, ale raz czy dwa razy w tygodniu po godzinie, to nie jest wielki wydatek. I na dodatek dokładnie wiem, z czego mój chleb jest zrobiony – bezcenne.