Fenomenalna kuracja dr Wahls – recenzja

Plan leczenia stwardnienia rozsianego i innych chorób autoimmunologicznych – podtytuł książki obiecuje wiele. A jak jest w rzeczywistości? Czy książka dr Wahls przyda się osobom, które walczą z tymi chorobami? Moim zdaniem zdecydowanie się przyda, ale w jakim stopniu – to już trzeba przekonać się na własnej skórze. Lub na własnych mięśniach, stawach, jelitach, tarczycy… – w zależności od tego, z którą chorobą autoimmunologiczną walczymy. W tym miejscu należy podkreślić, iż autorka jest zwolenniczką teorii, według której we wszystkich chorobach autoimmunologicznych można dostrzec wspólny mianownik.

Dr Wahls pracowała jako internistka, gdy zdiagnozowano u niej stwardnienie rozsiane. Symptomy choroby pojawiły się u niej na długo przed diagnozą, lecz podczas stresujących i wyczerpujących studiów medycznych, a później podczas wielogodzinnych dyżurów w szpitalu ignorowała je. Jednak w pewnym momencie choroba nie dała się zamieść pod dywan. Lekarze medycyny konwencjonalnej – koledzy po fachu dr Wahls – robili, co w ich mocy, aby powstrzymać rozwój choroby, a ona równolegle rozpoczęła swoje własne poszukiwania. Dzięki połączeniu intensywnej kuracji farmakologicznej, dietetycznej i fizjoterapii Wahls udało się dokonać czegoś nieprawdopodobnego – wstała z wózka inwalidzkiego i na nowo zaczęła funkcjonować jako lekarka, matka i żona.

Trzeba przyznać, że chociaż napisana z tym typowym „amerykańskim” hurraoptymizmem, książka nie obiecuje gruszek na wierzbie. Owszem, przywołuje badania, które popierają jej teorię i w przystępny sposób uzasadnia wybór takich czy innych suplementów lub produktów żywnościowych; każdy rozdział zaopatrzony jest w pokaźną bibliografię. Wahls podkreśla jednak, iż chociaż jej samej się udało – nie oznacza to, iż tak będzie u wszystkich, którzy zastosują się do jej wskazówek. Nie generalizuje i podkreśla, iż nie u wszystkich poprawa będzie miała wymiar tak spektakularny, jak u niej samej. Krytycy stwierdzą zapewne, iż jest to jedynie odosobniony przypadek, którym nie warto się zajmować bez odpowiednich badań klinicznych. Ale czyż postęp medycyny nie zaczyna się właśnie w takich przypadkach? Książka daje nadzieję chorym i moim zdaniem nie jest to nadzieja bezpodstawna.

 

Historia wewnętrzna – recenzja

Chciałabym polecić Wam dzisiaj książkę, która ostatnio wzbudziła mój podziw. Miała to być tylko kolejna lektura wzbogacająca moją wiedzę na temat przewodu pokarmowego i żywienia. Książka oczywiście spełniła tę rolę – ale dodatkowo okazała się fantastyczną rozrywką.
Studentka medycyny postanowiła podzielić się swoją fascynacją przewodem pokarmowym i robi to w niezwykle zabawny, a przy tym pouczający sposób. Na dodatek ilustracje – wykonane przez siostrę autorki – tak dalece zaskakują i odbiegają od stylu naukowego, że już dla nich samych warto sięgnąć po tę książkę.
Giulia Enders podaje mnóstwo praktycznych wskazówek, począwszy od tego, jak należy prawidłowo siedzieć na sedesie, a na stosowaniu probiotyków (i prebiotyków) skończywszy. Książka obfituje również w popularnonaukowe ciekawostki (np. dotyczące salmonelli czy Helicobacter pylori), a całość opatrzona jest obszerną i rzetelną bibliografią – to dla tych bardziej dociekliwych.
Książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim, którzy interesują się własnym ciałem, szeroko pojętym zdrowiem oraz światem w ogóle. Gdyż okazuje się, że nasze wnętrze kryje w sobie wiele tajemnic, nad których odkryciem naukowcy nieustannie pracują.
Czy można pisać o jelitach, gazach i kupie w sposób zajmujący i bez skrępowania? Okazuje się, że tak – książka Gulii Enders jest na to najlepszym dowodem.

Giulia Enders, „Historia wewnętrzna”, przełożyła Urszula Szymanderska, Łódź 2015

Galaretka owocowa

Czasami najprostsze przepisy okazują się tymi najbardziej trafionymi. Dziś na deser proponuję galaretkę owocową, która ożywi kolorami lata grudniowy dzień. Oczywiście możecie wybrać swoje ulubione owoce lub takie, które akurat macie pod ręką. U nas padło na mango i mrożone truskawki.

Składniki:

szklanka rozmrożonych truskawek we własnym sosie

jedno dojrzałe mango

2 łyżki żelatyny

1 łyżeczka miodu

Żelatynę rozpuszczamy w kilku łyżkach wrzącej wody i zostawiamy aż przestygnie. W tym czasie rozprawiamy się z mango: obieramy, usuwamy pestkę i miksujemy na gładki mus. Zmiksowane mango mieszamy z połową roztworu żelatyny i przelewamy do pucharków. Odstawiamy do lodówki, żeby galaretka stężała. W tym czasie oddzielamy rozmrożone truskawki od soku, który powstał podczas rozmrażania. Sok mieszamy z roztworem żelatyny i słodzimy łyżeczką miodu (żelatyna musi być chłodna). Sok truskawkowy z żelatyną wlewamy na wierzch galaretki z mango, na końcu wkładamy truskawki. Odstawiamy do lodówki, żeby wszystko stężało i zajadamy.

Wartość odżywcza jednego pucharka ok. 330 ml

Energia: 108 kcal

Białko: 5,3 g

Tłuszcz: 0,5 g

Węglowodany: 22,6 g

Błonnik: 2,5 g

 

Domowe kulki migdałowe, czyli rafaello idzie się schować

W dzisiejszych czasach słodycze są stosunkowo tanie i łatwo dostępne. Zupełnie inaczej niż wtedy, gdy sama byłam dzieckiem. Być może to nas teraz gubi? Bez wątpienia gubią nas także składniki, których używa się do produkcji przemysłowych słodyczy. A może by tak przygotować coś samemu? Coś łatwego, z najlepszych możliwych składników, a w dodatku pysznego? Zapraszam na migdałowe kulki z zaledwie trzech składników. Przypominają nieco rafaello, z tą zasadniczą różnicą, że można je zjeść właściwie bez wyrzutów sumienia. No chyba że się zje naprawdę bardzo dużo. Zatem na wszelki wypadek podaję przepis na rozsądną ilość.

Składniki na ok. 15 kulek:

200 g surowych migdałów

3 łyżki miodu (u mnie spadziowy)

5 łyżek wiórków kokosowych (najlepiej ekologicznych, czyli bez siarki)

Migdały zalewamy czystą wodą i moczymy przez noc. Gdy namiękną, pozostałą wodę odlewamy, a migdały mielimy w młynku do kawy, blenderze lub innym mielącym sprzęcie. Ja użyłam młynka do kawy, który nie do końca sobie poradził, więc moje kulki miały w sobie chrupiące migdałowe grudki. Dodajemy miód, mieszamy masę i formujemy kulki. Obtaczamy w wiórkach kokosowych. Przed podaniem można schłodzić w lodówce, ale i tak są w miarę stabilne. Tyle. Smacznego!

Wartość odżywcza uzyskana z powyższych składników (ok. 15 kulek):

Energia: ok. 1677 kcal

Białko: ok. 42,4 g

Tłuszcz: ok. 124,1 g

Węglowodany: ok. 104,2 g

Błonnik: ok. 29 g

 

Siemię lniane – nasz rodzimy super-produkt

Podstawą zdrowia jest odpowiednio dopasowana i urozmaicona dieta – to oczywista oczywistość. Ale są takie produkty, które warto włączać do jadłospisu tak często, jak się da. Zaczniemy od czegoś znanego i oswojonego na naszym rynku, czyli od siemienia lnianego. Do wpisu o nim zainspirowała mnie znajoma, która zadała bardzo mądre i zasadne pytanie: „Czy pieczone ziarna i orzechy są niezdrowe?”. No i moja odpowiedź znów niestety brzmiała: „To zależy”. A gdy zagłębiłam się w temat, okazało się, że zależy to między innymi od tego, czy pieczone ziarna i orzechy połączymy z siemieniem lnianym.
Tak na zdrowy rozsądek, orzechów, pestek i ziaren bogatych w nienasycone kwasy tłuszczowe nie powinno się pod żadnym pozorem podgrzewać, gdyż owe kwasy są bardzo podatne na utlenianie. Takie utlenione kwasy tłuszczowe zawierają oczywiście wolne rodniki, których powinniśmy unikać, gdy tylko mamy taką możliwość (no bo wszystkich niestety uniknąć się nie da, gdyż w naturalny sposób powstają podczas procesów metabolicznych).

Jak wykazały badania (artykuły tutaj i tutaj), siemię lniane zawiera w sobie pewien rodzaj błonnika (seicoisolariciresinol diglucoside – w skrócie SDG), który wykazuje wyjątkowo silne działanie antyoksydacyjne i nie dość, że chroni przed utlenianiem kwasy tłuszczowe z siemienia, to może również działać jako „konserwant” dla innych substancji. SDG występuje w wielu roślinach, jednak siemię jest jego najbogatszym źródłem (około 1000 razy więcej niż w innych produktach). Trwają badania nad tym, jak wyizolowany SDG i dodany do produktów żywnościowych i wpływa na ich trwałość. Okazuje się, że jest to jeden z najzdrowszych „konserwantów” na świecie. SDG jest odporny na wysokie temperatury, więc z powodzeniem można go używać podczas tradycyjnego pieczenia. Trzeba jednak pamiętać o tym, że dotyczy to wyłącznie siemienia lnianego - olej lniany pozbawiony jest tego przeciwutleniacza, a co za tym idzie, jest bardzo wrażliwy na podgrzewanie i działanie światła.

Produkty

Zawartość SDG (ɥg/g)

Siemię lniane

3699

Słonecznik (ziarna)

6,1

Kminek

2,21

Dynia (pestki)

213,7

Soya (ziarna)

2,73

Orzeszki ziemne

3,33

Orzechy włoskie

1,63

Migdały

1,07

Jeżyny

37,1

Borówki czerwone

15,1

Truskawki

12,1

Żurawina

15,1

Czerwona Przeczka

1,6

Owsianka

0,1

Otręby owsiane

0,24

Ziarno żyta (pełne)

0,5

Otręby żytnie

1,32

Brokuły

4,14

Czosnek

3,79

Marchew

1,92

Kawa arabica (instant)

7,16

Zielona herbata

24,6

Czarna herbata

15,9

Źródło tabeli: Therapeutic Potential of Seicoisolariciresinol Diglucoside: A Plant Lignan, Dhaval Patel, Jitendra Vaghasiya, S. S. Pancholi, Aridnam Paul, dostępny na stronie www.ijpsdr.com

SDG suplementowany w diecie wpływa na cały szereg dolegliwości, co również potwierdzają badania (źródło tutaj):

  1. Działanie antyoksydacyjne – chroni komórki przed uszkodzeniami i starzeniem się, pomaga zwalczać stan zapalny w organizmie
  2. Działanie przeciwmiażdżycowe
  3. Chroni przed rozwojem nowotworów (piersi, jelita grubego, prostaty)
  4. Poprawia profil lipidowy i gęstość kości u kobiet po menopauzie
  5. Pomaga walczyć z cukrzycą
  6. Ma korzystny wpływ na układ sercowo-naczyniowy

Moim zdaniem bogactwo SDG oraz nienasyconych kwasów tłuszczowych z rodziny omega-3 to wystarczające powody, aby włączyć siemię lniane do codziennej diety. Aby jak najlepiej wykorzystać jego lecznicze właściwości, warto je zmielić (najlepiej tuż przed użyciem, jednak okazuje się, że kupione mielone też dosyć długo zachowuje swoje właściwości), a jeżeli wolimy użyć całych ziaren – warto je wcześniej namoczyć. Można je dodawać do wypieków (zarówno tych słonych, jak i deserów), dosypywać do owsianki, jogurtu czy kefiru, stosować jako panierkę do mięs czy wegetariańskich burgerów.

 

Czy cieszyć się z ustawy o sklepikach szkolnych?

Pierwszego września tego roku weszła w życie długo oczekiwana ustawa dotycząca tego, co można sprzedawać dzieciom w sklepikach szkolnych i jakie menu powinny serwować przedszkola i szkoły. Po podpisaniu przez sejm ustawy czekałam długo na rozporządzenie ministra zdrowia i zacierałam ręce. No i… w sumie cieszę, mam jednak do tych przepisów pewne zastrzeżenia.

Na pierwszy rzut oka trudno się z rozporządzeniem nie zgodzić: razowe i pełnoziarniste pieczywo, wędlina z prawdziwego mięsa, warzywa obowiązkowe w każdej kanapce. Dzieci będą mogły kupić tylko zdrowe przekąski, jak bakalie, orzechy, owoce. Jeśli chodzi o asortyment, osobiście polemizowałabym jedynie z kubkowymi margarynami, nabiałem i olejami rafinowanymi na stołówkach. Ale smażenina dopuszczalna jest tylko raz w tygodniu, dlatego nie będę się aż tak czepiać. Więc czego należy się czepić?

W dokumencie nie znalazłam odpowiedzi na zasadnicze pytanie. Co się stanie, jeżeli ktoś złamie przepisy? Niby coś jest na temat kar dla stołówek: „Kto prowadząc działalność w zakresie zbiorowego żywienia dzieci i młodzieży w jednostce systemu oświaty w ramach żywienia zbiorowego stosuje środki spożywcze nieodpowiadające wymaganiom określonym w przepisach wydanych na podstawie art. 52c ust. 6 pkt 2 podlega karze pieniężnej w wysokości do trzydziestokrotnego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego…”

Jednak nie znalazłam nic na temat kar dla niesubordynowanych sklepikarzy. Czyżbym coś przeoczyła? Gdzieś niby znalazłam informację o karach pieniężnych i zamykaniu nieodpowiednio zaopatrzonych sklepików, ale były to informacje z drugiej ręki, nie z samych przepisów, więc nie będę się tu na nie powoływać.

A tak w ogóle, to gdzie należy zgłaszać wykroczenia i czy może to zrobić po prostu rodzic?

Pod koniec rozporządzenia podany jest kontakt do osoby odpowiedzialnej za projekt od strony merytorycznej, więc zadałam tej osobie powyższe pytania. I czekam…

Bo skoro w rozporządzeniu było miejsce na różnorakie szczegóły między innymi, jakie działanie ma miód (ciekawe, że zabrakło miejsca na krótkie wytłumaczenie, że nie wolno nim słodzić gorących napojów), dlaczego brakuje tak podstawowych informacji, jak kary za łamanie przepisów.

Co by się jeszcze przydało, żeby ustawa miała sens? Oczywiście mądra i atrakcyjna kampania społeczna skierowana do uczniów, rodziców, nauczycieli i pracowników stołówek. Bez tego mam poważne obawy, co do powodzenia całego przedsięwzięcia. Owszem, trudno wyobrazić sobie rodzica, który wolałby, aby jego dziecko jadło niezdrowo. Jednak musimy zdać sobie sprawę z tego, że niektórzy rodzice po prostu nie wiedzą, co jest zdrowe. Nieprzygotowani uczniowie zaczną się buntować przeciwko zmianom i będą zaopatrywać się w śmieciowe jedzenie poza szkołą. Rodzice zdziwieni tym, że ich dziecku nie wolno już sobie kupić w szkole pączka lub torebki cukierków, będą im je sami kupowali – i to być może w większej ilości.

Bez tego ustawa i rozporządzenie (pełny tekst ustawy do pobrania tutaj, a rozporządzenie można pobrać tutaj) służą jedynie temu, aby uspokoić sumienie rządzących: „Owszem, mamy epidemię otyłości wśród dzieci. Ale o co wam wszystkim chodzi? Przecież przygotowaliśmy wam prawne regulacje. A czy ktoś w jakikolwiek sposób będzie w stanie to wyegzekwować – to już nie nasza broszka. Co jeszcze możemy zrobić? Teraz radźcie sobie sami...” Reasumując – miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.

Zapiekanka z jesiennych warzyw

I znów mam górę pysznych, sezonowych warzyw do spożytkowania. Cukinia, pomidory i czosnek - idealne połączenie. A to wszystko na kruchym i w dodatku bezglutenowym cieście. Zawijam rękawy!

Spód:

1,5 szklanki mąki (zmieszałam jaglaną, ryżową i gryczaną w równych proporcjach)

pół kostki masła (lub taka sama ilość oleju kokosowego)

2 jajka (weganie z powodzeniem mogą użyć mielonego siemienia lnianego)

szczypta soli

 

Wierzch:

3 duże liście jarmużu

3 młode cukinie lub pół dużej dorosłej

3 duże dojrzałe pomidory

kilka ząbków czosnku

łyżka słodkiej papryki w proszku

ok. pół szklanki startego sera żółtego (można pominąć)

Z mąki, masła i jajek zagniatamy ciasto i układamy na spodzie formy (u mnie prostokątna blacha, ale może też być okrągła). Pomidory sparzamy wrzątkiem, obieramy ze skórki i kroimy w grubą kostkę. Cukinię obieramy (jeśli skórka jest miękka, nie trzeba obierać) i również kroimy w grubą kostkę. Czosnek miażdżymy i mieszamy z cukinią i pomidorami. Na przygotowanym już spodzie układamy kawałki liści jarmużu (twarde łodygi usuwamy), a na nich rozkładamy cukinię z pomidorami. Wierzch posypujemy tartym serem (jeśli mamy ochotę).

Rozgrzewamy piec do 180 stopni i pieczemy około 50-60 minut.

Smacznego!

 

Wartość odżywcza porcji 200 g

Energia: ok. 200 kcal

Białko: ok. 6,2 g

Tłuszcze: ok. 12 g

Węglowodany: ok. 21 g

Błonnik: ok. 1,4 g

Korzystajmy z jesieni i napełniajmy spiżarnię!

Jesień to idealna pora na wprowadzenie zmian w jadłospisie, gdyż o tej porze roku mamy dostęp do praktycznie nieograniczonej ilości sezonowych warzyw i owoców. Warto wybrać się na lokalny bazarek po kolorowy zawrót głowy. Pamiętajmy, że owoce i warzywa można też mrozić. Jest to najlepszy sposób przetwarzania żywności, gdyż mrożone produkty zachowują najwięcej wartości odżywczych w porównaniu z pasteryzowanymi, suszonymi i marynowanymi. Zawartość witaminy C w produktach mrożonych jest bardzo zbliżona do jej zawartości w produktach świeżych, gdyż wysoka temperatura i czas są największymi wrogami tej witaminy. Mrożenie nie wymaga też dodawania soli ani cukru. Co warto kupić teraz w większych ilościach i wrzucić do zamrażarki?

Śliwki i inne mniej trwałe owoce, za którymi będziemy tęsknić

Wybierajmy te krajowe, a najlepiej od lokalnych producentów. Wystarczy je umyć i wyjąć pestkę. Można je potem z powodzeniem wykorzystać jako deser, do wypieków lub naleśników. Poza wspaniałym smakiem śliwki oferują nam swój fioletowy kolor - który ma niebagatelne znaczenie, jeśli chodzi o nasze zdrowie, a nie ukrywajmy, kolor ten nieczęsto pojawia się na naszych talerzach poza sezonem na owoce jagodowe.

A skoro już o jagodowych mowa...

Maliny i borówki najlepiej zamrozić w niewielkich pojemniczkach. Unikniemy zmiażdżenia ich, zanim zdążą stwardnieć w zamrażarce. A w niewielkich dlatego, żeby można było wyjąć codziennie porcję do śniadania lub podwieczorku.

 

 

Warzywa

Mrozić można cukinię, dynię, fasolkę szparagową, jarmuż, paprykę, kalafiora, brokuły, a nawet pomidory. Warto poświęcić trochę czasu na przygotowanie gotowych mieszanek "na jedną zupę" lub "na patelnię", aby ułatwić sobie późniejszą pracę w kuchni. Możliwości są nieograniczone. Więc gdy tylko wpadnie nam w ręce większa ilość warzyw lub owoców ze sprawdzonego źródła - róbmy zapasy. Oczywiście niektóre warzywa można kupić w supermarkecie nawet w środku zimy, ale pamiętajmy, że zanim trafią na nasz stół, muszą przebyć tysiące kilometrów. Droga z naszej kuchennej zamrażarki jest znacznie krótsza, a produkty zamrożone przez nas w szczycie sezonu przeważnie mają więcej wartości odżywczych niż te "świeże". No i w szczycie sezonu wszystko jest tańsze.

Chleb. Mój sprawdzony przepis

Ostatnio jem tylko taki, gdyż okazuje się, że żaden sklepowy nie spełnia moich oczekiwań. Ale od razu przyznaję się, że przepis podany tutaj jest delikatnie mówiąc ramowy. Wiem, że nieodżałowany Marek Łebkowski, z którym miałam okazję przez jakiś czas pracować, znów ofuknąłby mnie za tak luźne podejście do proporcji, ale już niestety tak mam, że ciągle gotuję i piekę "na oko". Któregoś dnia, zmotywowana zaproszeniem Cioci, pojechałam z nią do 200-letniego młyna pod Radomiem na lekcję pieczenia chleba. Byłam pewna, że tym razem dowiem się dokładnie, ile mąki, ile wody, ile ziarenek... Że zacznę się tych ścisłych wytycznych trzymać i dzięki temu za każdym razem wyjmę z pieca taki sam, pyszny, pachnący bochenek.

Nic bardziej mylnego. Lekcja pieczenia chleba ugruntowała mnie jedynie w moich dotychczasowych przekonaniach, które wszem i wobec anarchistycznie ogłaszam:

1. Upieczenie dobrego chleba jest kwestią całkowicie intuicyjną i składniki można,
a właściwie trzeba sypać "na oko".

2. Chleb (a w szczególności zakwas) jest żywym organizmem i nigdy nie da się do końca przewidzieć jego zachowania.

3. Ilu piekarzy, tyle przepisów na chleb.

Pani Młynarzowa też się z tymi punktami zgodzi i podczas lekcji wsypywała mąkę bez mierzenia i ważenia, lekką ręką nalewała letnią wodę wprost z czajnika.

Mój przepis jest mniej więcej taki (na dwa bochenki po 500 g każdy)

Szklanka zakwasu (przepis poniżej)

ok. 600  mąki żytniej (u mnie razowa, chociaż Pani Młynarzowa na chleb poleca mąkę żytnią typu 550 i dosypuje trochę otrąb, można też mieszać różne rodzaje mąki, ale ważne, aby piec z tej samej, z której mamy zakwas). Ja jednak polecam mąkę żytnią pełnoziarnistą 2000. Najlepiej ekologiczną, bo jak już piec, to z najlepszych
i najzdrowszych składników.

ok. 2 szklanek letniej wody

ok. 2 płaskich łyżeczek soli

2 garści ziaren słonecznika (50 g)

2 garści siemienia lnianego (50 g)

Zamiast nich mogą być: czarnuszka, otręby, orzechy, migdały, mak, suszona żurawina, suszone pomidory, oliwki, całe ziarna zbóż - co tylko nam przyjdzie do głowy

Najprościej iść po prośbie i pozyskać zakwas od osoby, która piecze chleb. Ale można też go zrobić samodzielnie. Wystarczy słoik (a najlepiej gliniany garnuszek), trochę mąki (tej docelowej, z której zamierzamy piec), wody i czasu (5-7 dni). Codziennie wsypujemy do słoika 2 łyżki mąki i 2 łyżki wody, mieszamy i odstawiamy na kuchenną szafkę (lub gdzieś w kąt, byle nie do lodówki). Wąchamy i czekamy, aż poczujemy, że fermentuje i zobaczymy, że jest żywy. Zapach musi być raczej przyjemny, jeśli wzbudzi nasze podejrzenia (bo na przykład zapomnieliśmy o biedaku i z tej samotności namnożył w sobie jakichś śmierdziuchowych bakterii), wyrzucamy połowę zawartości i dodajemy świeżej mąki i świeżej wody.

Gotowy zakwas możemy przechowywać w lodówce przez około tydzień, ale w dniu pieczenia trzeba go wyjąć na parę godzin i ożywić. Czyli szturchnąć, zamieszać i dodać trochę świeżej mąki i świeżej wody. Aż zacznie pracować, czyli puchnąć.

Do miski wsypujemy mąkę, sól i wybrane dodatki. Mieszamy. Dodajemy zakwas i wodę. Mieszamy drewnianą łychą i dolewamy po trochu wodę (ewentualnie zagęszczamy mąką) i mieszamy, szturchamy, napowietrzamy, aż ciasto nabierze odpowiedniej konsystencji. No i tu się pojawia pytanie: co to znaczy "odpowiednia konsystencja"? Według Pani Młynarzowej odpowiednia konsystencja jest wtedy, gdy nabierzemy łychę ciasta, podniesiemy łychę nad miską, odwrócimy, a ciasto nie ma ochoty z tej łychy samo spaść. Jeżeli potrząśniemy łychą, to spadnie. Ale bez pomocy nie. Taką michę pełną ciasta zostawiamy na jakąś godzinkę, żeby ciasto sobie odpoczęło. Po godzinie wracamy, chwilę szturchamy łychą i przekładamy do foremek. Ja używam dwóch małych silikonowych keksówek, ale można też używać blaszanych keksówek, wysmarowanych uprzednio masłem. Onegdaj używałam właśnie blaszanych, ale po jakichś 10-20 pieczeniach zrobiły się po prostu czarne, a potem zaczęły rdzewieć od zakwasu. Keksówki wypełniamy ciastem mniej więcej do 3/4 objętości. Może być mniej, byle nie więcej, bo chleb ucieknie. Wypełnione keksówki zostawiamy na ok. 4 godziny w jakimś przyjemnym, najlepiej ciepłym miejscu. Latem może to być po prostu kuchnia, zimą można je postawić na kaloryferze. A jeżeli bardzo zależy nam na czasie, można skrócić czas oczekiwania i włożyć foremki do pieca ustawionego na max 50 stopni. W takiej temperaturze powinna wystarczyć godzina rośnięcia. Kiedy najlepiej zacząć pieczenie? Pani Młynarzowa twierdzi, że wtedy, gdy chleb zacznie wyglądać sam z foremki i szukać nas po mieszkaniu. Wtedy wrzucamy (a raczej delikatnie wkładamy foremki do pieca, żeby nimi przypadkiem o nic nie stuknąć, bo opadnie) chleb do piekarnika na godzinę w 200 stopniach.

Upieczony chleb wykładamy na kratkę (ja używam piekarnikowego rusztu) i smarujemy mu plecki (określenie Pani Młynarzowej) wodą, żeby błyszczały i były chrupiące. Można do tego użyć pędzelka lub zwilżonej gazy.

Miskę po cieście dokładnie wyskrobujemy, żeby mieć zakwas do następnego pieczenia. Można celowo zostawić parę łyżek surowego ciasta i zapakować do słoika/garnuszka.

Gotowe. Smacznego!

Wartość odżywcza kromki (50 g) mojego chleba (mąka 2000, siemię lniane
+ słonecznik)

Energia: 117,7 kcal

Białko: 3,5 g

Tłuszcz: 2,81 g

Węglowodany ogółem: 23,54 g

Błonnik: 4,67 g

 

3 sposoby na wzmocnienie motywacji

Żebyśmy mieli jasność: potrzebna jest właściwie na co dzień i do wszystkiego, ale dziś będziemy pisać o motywacji do zmiany stylu życia. Motywacji do tego, żeby zadbać o siebie i swoje zdrowie.

Niektórzy twierdzą, że motywacja to skarb i nie każdy ma tyle szczęścia, żeby ją znaleźć. Ale mimo wszystko niektórym się udaje. Jak to zrobić? Poniżej znajdziesz 3 proste (ale uczciwie trzeba przyznać, że niekoniecznie łatwe) wskazówki.

Unikaj wyznaczania magicznych dat rozpoczęcia

To chyba znają wszyscy: rozpoczynam dietę od poniedziałku, od Nowego Roku zaczynam ćwiczyć, po urlopie rzucam palenie/słodycze/fast foody… i tak dalej w nieskończoność. Zauważyliście, że te daty rzeczywiście są magiczne? Ich magia (a może raczej iluzja) polega na tym, że potrafią przesuwać się w nieskończoność. Dlatego skończ z wyznaczaniem dat! Zacznij po prostu teraz! Teraz to najlepszy z możliwych momentów. Nawet jeżeli po drodze napotkasz przeszkody, czasem upadniesz, czasem się zawahasz – zacznij zmianę natychmiast, choćby to miała być niewielka zmiana, ale niewielka automatycznie przyniesie ze sobą kolejną, większą. A nawet drobne zmiany sumują się. Idziesz dziś po pracy na zakupy? Wrzuć do koszyka pyszny owoc zamiast drożdżówki, sięgnij po wodę mineralną zamiast słodkiego napoju. Właśnie szykujesz obiad? Nałóż sobie więcej sałatki, a obetnij o połowę porcję ziemniaków. Wybierz schody zamiast windy. Teraz.

Jeżeli nie masz z kim, zrezygnuj z poszukiwania towarzysza

Owszem, we dwoje zawsze raźniej. A najlepiej gdy zmiany zastosuje cała rodzina. Wtedy motywujecie się wzajemnie. Ale nie czekaj, aż oni zaczną się zmieniać, bo możesz tak czekać w nieskończoność. Bądź o krok przed nimi, a zobaczysz, że prędzej czy później oni do Ciebie dołączą. Bo apetyt na zdrowie jest zaraźliwy. A jeżeli wokół nie masz nikogo, kto mógłby podziwiać zmiany? Nieważne. I tak robisz to dla siebie. To Ty będziesz się cieszyć korzyściami ze zmian.

Zadbaj o pozytywne nastawienie

Skup się na tym, co zyskujesz, nie na tym, co tracisz. Gdy robisz zakupy lub gotujesz, myśl o tych produktach, które możesz jeść z czystym sumieniem, a nie o tych, których powinno się unikać. Wkrótce okaże się, że tych pierwszych jest całe mnóstwo. Zyskujesz przyjemność jedzenia świeżych, smacznych, kolorowych produktów, poznawania nowych smaków. Zyskujesz lepszy metabolizm, a co za tym idzie zdrowsze, lżejsze ciało i dodatkowe lata życia. Czy to nie jest wystarczający powód, żeby zacząć NATYCHMIAST?